Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II


Jest taki żal, którego nie powiedzą usta,
Jest taka łza, która płynie powoli,
Jest taki ból, jak czarna żałobna chusta,
W niej serce spowite, które cierpi i boli.

Nie wiem, jakim słowem wyrazić,
Umiłowany Ojcze Święty,
Jaką łzą zapłakać,
W bólu mym niepojętym.

Zawsze byłeś z nami,
I my zawsze przy Tobie,
Dziś smutni, stroskani,
Pogrążeni w żałobie.

Pamiętam, jak mówiłeś,
„Otwórzcie serca wasze”
Bożym słowem uczyłeś,
Jak żyć w tym trudnym czasie.

Barkę swojego słowa,
Wiodłeś po oceanach serc ludzi,
Uczyłeś Słów Ewangelii,
Jak Apostołowie – słudzy.

Wołałeś „Niech zstąpi Duch Twój,
I odnowi oblicze ziemi”
Niech będzie w każdym narodzie
I Każde serce przemieni.

On was poprowadzi,
Na niwy słoneczne nieba,
Bóg zgładzi grzech człowieka,
Nie lękajcie się, nie trzeba.

W cierpieniu żegnałeś się z nami,
Nie słowem, bo zabrakło słowa,
Błogosławiłeś nas drżącymi rękami,
To ostatnia była Twoja „przemowa”.

O godzinie 21.37 przestało bić serce Twoje,
Stanąłeś u wrót nieba,
Bóg powołał Cię do Chwały Swojej,
Widocznie tak było potrzeba.

Nie chciałeś pomników, wielkości chwały,
Ani sarkofagów z kamienie,
Tobie wystarczył skraweczek mały,
Czarnej ziemi, „tej ziemi”

I spocząłeś w tej ziemi,
Całunem cyprysu nakryty,
Na nim Ewangeliarz otwarty,
Którego strony wiatr liczył.

Przekładał kolejno kartki,
Jakby modlił się z nami,
Szukając Słów Ewangelii,
Pomiędzy białymi stronami.

Nie wiem czy wiatr, czy to Ty Ojcze,
Modliłeś się wtedy z nami,
Przekładając karty księgi,
Niewidzialnymi dłoniami.

I spoczęła księga na Twoim sercu,
Zamknęły się jej stronice,
Tylko ja pytałam siebie w zdumieniu,
Dlaczego wiatr stron jej nie liczy?

Dzisiaj widzę tamten obraz,
I Ewangeliarz zamknięty,
I Ciebie jak modlisz się z nami,
Kochany Ojcze Święty.

Przez całe swoje życie,
Twojej Kapłańskiej Wielkości,
Niosłeś na krańce świata,
Naukę wiary i wielkiej miłości.

 

Maria